W zastrzeżeniach do projektu ustawy antyterrorystycznej nie chodzi o poprawność polityczną

Nikt nie neguje konieczności podejmowania działań zapobiegawczych przeciw potencjalnym aktom terrorystycznym w przededniu Szczytu NATO i Światowych Dni Młodzieży. Pytanie jednak, czy właściwym działaniem jest uchwalanie ustawy pisanej w pośpiechu, bez konsultacji publicznych, której postanowienia nie da się wdrożyć na czas. Szczególnie, że ustawa ta przewiduje nowe rozwiązania, które mogą w bardzo znaczący sposób zmniejszyć standard ochrony praw człowieka obowiązujący w Polsce. To dlatego Rada ds Cyfryzacji zwróciła uwagę, że tryb i zakres proponowanych zmian stanowi zagrożenie dla rządów prawa. Wspomina też o czterech konkretnych przykładach ograniczenia praw obywatela w sieci. Tym kwestiom poświęciliśmy przedostatnie posiedzenie Rady tej kadencji.

Projektodawcy przekonują, że zaproponowane rozwiązania nie stanowią niczego niezwykłego i odmiennego od regulacji przyjętych w krajach Europy Zachodniej, a zgłaszane wątpliwości, m.in. te przez Radę ds. Cyfryzacji, oceniono jako częściowo o charakterze politycznym, a częściowo w kategorii poprawności politycznej.

Jednak polityka nie jest domeną, którą zajmuje się Rada działająca od dwóch lat przy ministrze cyfryzacji i składająca się z 19 członków reprezentujących administrację publiczną, przedsiębiorców z branż związanych z internetem i cyfryzacją, organizacje pozarządowe zajmujące się problematyką sieci, uczelnie i jednostki naukowe oraz ekspertów technicznych. Skupia się na kwestiach związanych z szeroko rozumianą cyfryzacją i m.in. sygnalizuje, jakie skutki mogą mieć przyjmowane akty prawne w tym zakresie. Także w swej uchwale na temat ustawy antyterrorystycznej ograniczyła się do kwestii związanych z technologiami teleinformatycznymi i nie oceniała czy np. sensowne jest wprowadzenie możliwości aresztowania podejrzanych o terroryzm nawet na 14 dni lub odstąpienia od obowiązkowego dotychczas strzału ostrzegawczego.

Pierwszą rzeczą, na jaką w swej uchwale zwraca uwagę Rada są „fundamentalne zastrzeżenia” do przepisów pozwalających funkcjonariuszom Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego na prowadzenie nieograniczonej (w czasie oraz celach) kontroli treści komunikacji, w tym elektronicznej, cudzoziemców bez wymogu pozyskania uprzedniej zgody sądu, także poza granicami kraju.

Ustawa antyterrorystyczna wprowadza także nowe narzędzie, dzięki którym ABW będzie mogło oceniać poziom bezpieczeństwa systemów teleinformatycznych określonych instytucji, tzw. testów penetracyjnych. Na pierwszy rzut oka jest to narzędzie, które agencja bezpieczeństwa powinna posiadać. Obawy budzi jednak to, że takiemu badaniu może być poddana duża liczba podmiotów - nie tylko te, które utrzymują systemy teleinformatyczne organów państwa ale także podmioty świadczące usługi dla obywateli. A każda ingerencja w system teleinformatyczny przez ABW niesie ryzyko zniekształcenia, zmiany lub nawet utraty danych np. przez klientów penetrowanej firmy. Może też skutkować utratą ciągłości świadczenia usługi i wymagać ciągłej zmiany systemu zabezpieczeń i kluczy bezpieczeństwa. To oczywiście dodatkowe koszty dla przedsiębiorców i wcale nie takie małe. Dodatkowo, w skutek każdej ingerencji, istnieje niebezpieczeństwo, że osoby niepowołane będą miały dostęp do danych użytkowników: korespondencji, dokumentów czy zdjęć.

Podczas majowego posiedzenia Sejmu, kiedy obecny rząd dokonywał podsumowania działań swych poprzedników, minister Mariusz Kamiński wyliczał, że służby specjalne inwigilowały kilkudziesięciu dziennikarzy. A polegało to m.in. na: billingowaniu ich telefonów, pozyskiwaniu danych dotyczących miejsc logowań telefonów, sporządzaniu analiz dotyczących wszystkich osób, z jakimi kontaktowali się telefonicznie dziennikarze, częstotliwości tych kontaktów i miejsc pobytu dziennikarzy, a także na ustaleniu danych adresowych dziennikarzy i zbieraniu informacji o ich sytuacji rodzinnej. Obecny rząd całkiem słusznie piętnował takie działania. Niestety proponowane przez niego w ustawie antyterrorystycznej narzędzia, które chce dać służbom, mogą tylko nasilić tego typu inwigilację środowisk dziennikarskich.

Jeszcze większy niepokój wielu środowisk wywołuje przyznanie ABW możliwości uzyskania dostępu „online” do wszystkich publicznych baz danych, takich jak NFZ, ZUS, KRUS, ePodatki. Będą one miały wgląd do danych medycznych czy podatkowych praktycznie nieograniczony, tj. bez kontroli sądu lub innego organu i z wyłączeniem stosowania ustawy o ochronie danych osobowych. W uzasadnieniu projektu nie znajdziemy argumentów, które przekonałyby nas że wgląd do danych tak wrażliwych przyczyni się do zmniejszenia zagrożeń terrorystycznych w Polsce. Co gorsze, projekt nie określa zasad prowadzenia ewidencji sposobu korzystania przez Agencję z nowego narzędzia. Nikt zatem nie będzie kontrolował kontrolera.

Ogromne wątpliwości budzi też kwestia blokowania stron internetowych przez służby. Zgodnie z projektem ustawy będą one miały do tego prawo w przypadku pojawienia się na nich treści „mających związek ze zdarzeniem o charakterze terrorystycznym”. Na liście takich zdarzeń jakie proponuje rząd jest wizyta islamskiego duchownego w więzieniu, kradzież odzieży roboczej czy też przyjazd cudzoziemca posiadającego kartę kredytową z wysokim limitem z kraju „wysokiego ryzyka”. W pierwszej propozycji projektu ustawy służby mogły tego dokonać przy założeniu jedynie następczej kontroli sądowej. A to oznaczało, że służby nie musiałyby się nikogo pytać, czy mają w przypadku podejmowania takich kroków rację. O zgodę sądową będą musiały wystąpić w ciągu pięciu dni od zablokowania strony i nie było określone, jak długo w jakim trybie taką sprawę będzie rozpatrywać sąd, czy będzie to tydzień, miesiąc czy pół roku. Jednak po interwencji Ministerstwa Cyfryzacji przepis ten na szczęście zmodyfikowano i szef ABW decydując się na blokadę strony internetowej musi otrzymać pisemną zgodę Prokuratora Generalnego, a dodatkowo, jeśli potem w ciągu pięciu dni nie uzyska pozwolenia na takie działanie ze strony sądu, musi wstrzymać taką blokadę.

Według Rady danie służbom szerokiego marginesu swobody w zakresie blokowania stron internetowych, byłoby poważnym zagrożeniem dla wolności słowa. Można bowiem sobie łatwo wyobrazić różne możliwości nadużywania takich przepisów. Co najgorsze, w proponowanych przepisach nie wprowadzono zasad odblokowywania stron. Możemy zatem przypuszczać, że samo blokowanie będzie przebiegać sprawnie, ale ich odblokowywanie (np. w przypadku błędnie założonej blokady lub w przypadku zdjęcia treści „mającej związek ze zdarzeniem o charakterze terrorystycznym”) będzie trwało znacznie dłużej. Jeśli dojdzie do zablokowania popularnych serwisów, typu Facebook czy Natemat.pl (gdzie np. ostry wpis użytkownika na forum zostanie uznany za zdarzenie o charakterze terrorystycznym) cenzura Internetu może okazać się bardzo dotkliwa.

Co z resztą ciekawe, tego typu propozycje w różnego rodzaju przepisach procedowanych przez rządy pojawiają się regularnie od co najmniej pięciu lat. Charakterystyczne jednak, że dawniej ostro przeciw temu protestowano. Dziś kwestia możliwości szerokiego blokowania stron internetowych przez służby, nie budzi już takich emocji. Może to świadczyć o tym, że na suwaku, gdzie z jednej strony jest bezpieczeństwo, a z drugiej wolności obywatelskie, miarka przesuwa się na korzyść bezpieczeństwa i społeczeństwo coraz więcej ze swej wolności jest gotowe poświecić dla bezpieczeństwa. Pytanie tylko, czy gdy ataki terrorystyczne przestaną być już takim zagrożeniem, służby chętnie zrezygnują ze zdobytych uprawnień? Dlatego zdaniem Rady tak istotne kwestie, jakie będzie regulować ustawa antyterrorystyczna, powinny być procedowane w pełnym trybie przewidzianym w ramach rządowego procesu legislacyjnego oraz poddane konsultacjom.
Trwa ładowanie komentarzy...